wtorek, 3 stycznia 2012

"Loud" Rihanna

 Powrót do korzeni, ale niezupełnie (recenzja z 29 grudnia 2010)
Trudno jednoznacznie opisać i określić artystkę taką jak Rihanna. Trudno powiedzieć słuchaczom, że udało się im poznać Rihannę, że znają ją doskonale i niczym nowym nie umie ona ich już zaskoczyć. Piękna Barbadoska udowadniała z każdym kolejnym albumem, że nie da się zaszufladkować i znowu wszystkich zaskoczy. Tyczy się to zarówno prezentowanej muzyki jaki i wizerunku zewnętrznego. Z każdą nową płytką było ostrzej, mniej i krócej.
Zupełnie inne od poprzednich jest też najnowsze dzieło artystki „Loud”. Album zapowiadany był jako powrót do korzeni, czyli do pierwszych przebojów Rihanny takich jak „Pon The Replay” (jedna z bardziej irytujących mnie piosenek Rihanny). Zapowiedziany powrót powrotem faktycznie jest, ale niecałkowitym. Artystka owszem wróciła do bujających karaibskich brzmień, ale dodała nutkę ostrej muzyki tanecznej, co spowodowało, że tylko niektóre utwory, m.in. „Man Down”, brzmią jak żywcem wyjęte z pierwszej płyty z roku 2004. Reszta jest ich ulepszoną wersją.
Poprzedni krążek, „Rated R” był ostentacyjną deklaracją Rihanny o zerwaniu z uroczą dziewczyną, która trochę pokaże, a trochę zakryje i przejściu w ostrą, wyuzdaną, czasami wręcz wulgarną kobietę. Dla tego całe opakowanie było mroczne i niepokojące a Robyn Rihanna Fenty patrzyła na nas z agresją i pożądaniem  trzymając w dłoni papierosa. Trzeba też przyznać, że wszyscy to kupili. Zarówno zwykli słuchacze jak i krytycy. Bo co by nie mówić o „dojrzałej” artystce, gotowej na seksualne wyzwolenie (Rihanna miała wówczas jakieś 21 lat) to na płycie znajdował się kawałek dobrej muzyki. Na korzyść Rihanny przemawiał też czas. Słuchacze po dwuletniej przerwie po prostu się stęsknili. Inaczej było w tym przypadku. Od początku roku byliśmy bombardowani kolejnymi hitami z „Rated R” – „Rude Boy”, „Hard” czy „Te Amo”. A już w listopadzie usłyszeliśmy piosenkę „Only Girl (In The Word)” zwiastującą kolejną płytę Rihanny. Nikt nie zdążył się specjalnie stęsknić. Czy mimo to płyta się sprzedała? Dowiemy się już niedługo.
Od wokalistek takich jak Rihanna wymaga się przede wszystkim hitów. Jak jest na „Loud”? Nie jest tak źle jak na drugiej płycie, „A Girl Like Me”, ale nie jest tak dobrze jak na „Good Girl Gone Bad”. Hitem okazał się oczywiście pierwszy singiel „Only Girl”, i jest to zapewne największy przebój z całej płyty. Spore potencjały ma też otwierający wszystko „S&M” czy „Complicated” z modnym ostatnio eurodancem. Singlem zostanie też pewnie urzekająca ballada „California King Bed”, ale nie będzie to kolejne „Unfaithful” czy „Take A Bow”. Z resztą numerów jest już trochę kiepsko. Nie chodzi o to, że są to złe kompozycje, ale brak im iskry przeboju.
Swoistym zwiastunem najnowszej płyty mógł być jeden z największych przebojów mijającego roku, duet z Eminemem „Love The Way You Lie”. Piosenka z ogromnym ładunkiem emocjonalnym i bardzo osobistym tekstem. Genialnie komponujące się wokale piosenkarki i rapera tworzyły hit większy niż „Stan” Eminema z Dido. Ten kawałek zauroczył chyba wszystkich. Szkoda, że płyta odbiega tak od tej piosenki, ale dla wielbicieli tego lirycznego przeboju znajdzie się tu bardzo miła niespodzianka. Zamykający cały album kawałek „Love The Way You Lie (Part II)”. Jest to druga część rozpoczętej historii, tyle, że tym razem główne stery przejęła Rihanna, a Eminem rapuje zaledwie kilka linijek. Była to wielka i miła niespodzianka. Wokal Rihanny nigdy jeszcze nie brzmiał tak dojrzale i emocjonalnie jak w tej piosence.
Cała płyta jest nagrana z myślą o młodzieżowych imprezach, na których piosenki opierające swój refren na „na na na come on!” będą robić ogromną furorę. Ale jest to też płyta, na której Rihanna postanowiła pobawić się swoim głosem i jemu powierzyć pierwsze skrzypce w stworzonych utworach. Po raz pierwszy poznaliśmy prawdziwą siłę głosu Rihanny. Głosu, który nie jest najlepszym wokalem w muzycznej branży, ale nikogo nie pozostawia obojętnym.
- Łukasz Kowalski

czwartek, 8 grudnia 2011

"The Social Network" OST Trent Reznor Atticus Ross

Nominacje OBF 2011:
najlepsza muzyka,
najlepszy utwór
muzyki filmowej
"In motion"
Facebookowa muzyka
„The Social Network” zachwyciło wszystkich krytyków na całym świecie. Dużą uwagę zwracano na muzykę autorstwa Trenta Reznora i Atticusa Rossa, która bez wątpienia odgrywała istotną rolę w sukcesie filmu.
Zadanie Reznora i Rossa było jasne. „The Social Network” to film oparty na dialogach, pozbawiony akcji i podniosłej stylistyki, więc partytura powinna uatrakcyjnić widzom seans, dodać akcji i dynamiki osadzonej w ciasnych akademikach fabule. Okazało się, że duet poszedł o krok dalej.
Sięgnęli po elektronikę. Wykorzystują bardziej szorstkie, wydawałoby się bardziej prymitywne i proste dźwięki, niż choćby Hans Zimmer w wyróżnionej nagrodą OBF ścieżce dźwiękowej do „Incepcji”. Jednak ich świetna kompozycja oraz wysmakowane połączenie z gitarą i fortepianem sprawiają, że każda minuta słuchania soundtracku to prawdziwa uczta każdego miłośnika muzyki filmowej (świetne „Painted sun in abstract”, przepełnione basem „On we march”). Nie brakuje również utworów narzucających filmowi tempa. Na tym tle najbardziej wybija się charakterystyczne „In motion” (nominowane do nagrody OBF w kategorii najlepszy utwór muzyki filmowej), naśladujące muzykę techno. Warto również zwrócić uwagę na zawrotne „Intriguing possibilities” oraz ciekawą korespondencję z muzyką klasyczną w postaci „In the hall of the mountain king”.
Największa moc całej partytury tkwi w klimacie. Autorom udało się oddać nastrój niepewności, niepokoju. Spokojne, niepozorne, ale powoli budujące napięcie utwory w perfekcyjny sposób wspierają pesymistyczną wizję świata z filmu Finchera. Nietrudno o dreszcze podczas słuchania „Hand covers bruise”, depresyjny nastrój „Complications with optimistic outcome” zapada w pamięć.
Osobiście wyróżniłbym utwór zamykający płytę – „Soft trees break the fall”. Utrzymany w rytmice kołysanki, łączy w sobie spokój, rytmiczność, melancholię. Wprowadza niesamowity dramatyzm.
Trent Reznor i Atticus Ross stworzyli soundtrack niezapomniany, niesamowicie oryginalny. Ich ciekawe wykorzystanie elektroniki zasługuje na uznanie nie mniejsze niż przełomowy „Black Hawk Dawn” Zimmera. Polecam.

- Alek Kowalski

środa, 9 listopada 2011

"Burlesque" OST





Aguilera w świecie Burleski

Co z tego, że Christina Aguilera jest przeciętną aktorką. Co z tego, że napięta twarz Cher nie pozwala jej na okazywanie jakichkolwiek uczuć. „Burlesque” to i tak całkiem niezły film, a to dlatego, że mimo wyżej wspomnianych wad, Christina ciągle ma jeden z najsilniejszych wokalów na świecie, a Cher mimo wszystkich tych tragicznych operacji plastycznych wciąż potrafi znakomicie śpiewać.
Soundtrack do „Burlesque” wydawać się może właściwie kolejnym studyjnym albumem Aguilery, śpiewa ona osiem z dziesięciu utworów na albumie. Byłaby to na pewno lepsza płyta niż niedawno wydany „Bionic”. Tam Christina przestraszyła się konkurencji i uciekła w popularny newsound i popowo-dancowe klimaty. Ścieżka dźwiękowa z filmu bardziej nawiązuje do jej najlepszego dzieła -  „Back To Basics” z 2006 roku (jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy album w muzyce popularnej ostatnich dziesięciu lat).
Jest to album jednak trochę bardziej popowy i bardziej przebojowy od dzieła z 2006 roku. „Something's Got A Hold On Me”, „Tough Lover” czy swingowy „But I Am A Good Girl” znakomicie wpisałyby się w konwencje „Back To Basics”. Za to „Express” lub „Show Me How You Burlesque” łączą w sobie cechy nowoczesnego brzmienia z muzyką lat 40-tych i 50-tych. Takie utwory zdarzały się oczywiście na trzecim albumie Christiny (znakomite „Ain't No Other Man”), ale przeważał tam jednak duch muzyki jazzowej. Tu nasilenie obu gatunków jest wyrównane.
Nie jest to wcale zarzut, koncepcja burleski, która zahacza o stylizacje wykorzystanych przez Christinę w „Back To Basics”, opiera się przede wszystkim na sexapilu i kobiecej sile zawartej w tekstach. Nieodłączne są odważne choreografie (swoją drogą bardzo efektowne w tym filmie) i sceniczny ogień. Trochę poza tą konwencją wydaje się być ostatni kawałek „The Beautiful People” czyli zaskakujący cover piosenki grupy Marilyn Manson. To ostra jazda z niesamowicie wieloma uderzeniami na minutę, o której w „Slant Magazine” napisali, że jest  zbyt kontrowersyjna nawet jak dla Baza Luhrmanna.
Trzeba w końcu wspomnieć o udziale Cher na tej płycie. Jest to jej pierwszy muzyczny projekt od ponad dziesięciu lat. I trzeba przyznać, że powrót zafundowała nam w bardzo dobrym stylu, choć trochę konserwatywny. Pierwszy kawałek „Welcome To Burlesque” genialnie wypada w filmie z bogatym tłem muzycznym, tam mamy więcej gitary i basu, na wersji płytowej zamieszczono tak zwaną wersję tango. Piosenka, gdzie na głównej linii melodycznej pojawiają się skrzypce. Dostały nawet własną „solówkę”. Obie wersje są znakomite. Drugi kawałek to stworzona przez Diane Warren poprockowa ballada „You Haven't Seen The Last Of Me”, która zasłużenie zdobyła tegorocznego Złotego Globa. Tę piosenkę polecam jednak słuchać bez obrazu. Napięta skóra Cher nie pozwoliła w filmie na przekazanie tak wielkich emocji jakie niesie ten utwór. A sam tekst wydaje się być bardzo osobisty dla Cher, która podjęła walkę o powrót na scenę muzyczną. Szkoda tylko, że obie z Aguilerą nie zaśpiewały jakiejś piosenki razem, to byłoby ciekawe.
Poza wolną kompozycją Cher mamy tu jeszcze jedną romantyczną piosenkę, „Bound To You”. Sama Christina przyznała w wywiadzie dla magazynu „Billboard”, że właśnie ten wolny kawałek jest jej ulubionym z całego soundtracku. Ewidentnie świetnie się w nim czuje. Od chwili kiedy w 1999 roku Christina pojawiła się na scenie, nabrała pewnej bardzo ważnej umiejętności, a mianowicie nauczyła się znakomicie panować nad swoim „rykiem”. To panowanie widać właśnie w tej piosence. Bardzo dobrze rozłożone siły głosowe na poszczególne momenty piosenki świadczą o jej znakomitym kunszcie. Nie wyciąga bezlitośnie każdej sylaby, nie szpanuje głosem tak jak jej się to zdarzało wcześniej. Wszyscy już wiedzą jak wielką ma siłę i nie musi nikomu nic udowadniać.
Bardzo dobrze, że powstał ten film i ta płyta. Jest to swojego rodzaju deska ratunku dla obu pań. Dla Cher to możliwość do powrotu na scenę (bo raczej nie do aktorstwa) a dla Christiny ratowanie swego upadającego statusu gwiazdy. W USA właściwie przekreślono ją po albumie „Bionic”, oskarżano o to, że jak wszystkie inne próbuje kopiować Lady Gagę i zbyt uderza w tony sado-maso, co bardzo gorszy konserwatywną Amerykę. „Burlesque Soundtrack” pozwala jej na powrót do czasów eleganckiego „Back To Basics” - stylu ,w którym czuła się chyba najlepiej i w którym wszyscy ją pokochali. 

Track:
1. Something's Got A Hold On Me (by Christina Aguilera)
2.  Welcome To Burlesque (by Cher)
3.  Tough Lover (by Christina Aguilera)
4. But I Am A Good Girl (by Christina Aguilera)
5. Guy What Takes His Time (by Christina Aguilera)
6. Express (by Christina Aguilera)
7. You Haven't Seen The Last Of Me (by Cher)
8. Bound To You (by Christina Aguilera)
9. Show Me How You Burlesque (by Christina Aguilera)
10. The Beautiful People (by Christina Aguilera)
- Łukasz Kowalski