środa, 12 września 2012

Mroczny Rycerz OST




Dźwięk chaosu
Oceniając z perspektywy całej trylogii mogę z całą pewnością stwierdzić, iż najdojrzalszym, najpełniejszym i po prostu najlepszym odcinkiem Batmana, który wyszedł spod ręki Christophera Nolana jest część druga – „Mroczny Rycerz” z niezapomnianym Heathem Ledgerem w roli Jokera. Nolan osiągnął pułap nieosiągalny dla dotychczasowych ekranizacji komiksów. Realistyczny obraz metropolii Gotham, terroryzowanej przez Jokera, a także wspaniała walka ideologiczno-moralna Batmana z klaunem została ubrana w strój kina gangsterskiego, nawiązując w sposób oczywisty do „Gorączki” Manna. Muzyczne tło dla wspaniałej opowieści zapewnili po raz kolejny Hans Zimmer i James Newton Howard.
Najważniejszą nowością w „Mrocznym Rycerzu” względem cyklu z perspektywy muzycznej jest bez wątpienia motyw czarnego charakteru, wspomnianego Jokera (otwierający płytę utwór „Why so serious”). Muzyczna charakteryzacja Jokera to połączenie elektroniki, dużej ilości basu i dźwięku granego na wiolonczeli za pomocą… żyletki. Poprzez te wydawałoby się średnio wyrafinowane zabawy Zimmer i Howard uzyskali niesamowicie hipnotyzujący, niepowtarzalny i jakże odpowiedni motyw dla postaci Jokera.
Kontrapunktem dla motywu Jokera jest oczywiście motyw głównego bohatera, który zmienił się nieco względem „Batman – Początek”. Tak jak suitą Jokera jest otwierający album „Why so serious”, tak suitą Batmana jest „I’m not a Hero”. Wszystkie motywy, czy niby-motywy charakteryzujące człowieka-nietoperza w części pierwszej zostały tutaj nagromadzone i odpowiednio połączone. Zdecydowanie zostało polepszone brzmienie poprzez zmianę proporcji muzyki instrumentalnej do elektronicznej. Co więcej, motyw staje się bardziej wyrazisty, dzięki czemu partytura zyskuje bardziej wyrazisty charakter. Kompozytorzy ocierają się o geniusz w „Like a dog chasing cars”, rozwijając w pełni motyw Batmana, a także łącząc go z motywem Jokera w  finale utworu/
O ile w motywach Batmana i, w szczególności, Jokera czuć dominację Hansa Zimmera, to w przypadku trzeciego, najmniej charakterystycznego motywu na albumie, suity Harvey’ego Denta  („Harvey Two Face”) zdecydowanie króluje James Newton Howard. To delikatny, nieco patetyczny i przepowiadający dramaturgię bohatera utwór oparty o muzykę symfoniczną.
Niestety po wspaniałym początku soundtracku zaczynają się pokazywać coraz większe wady. Grzechem numer jeden jest niepoprawne wydanie. Utwory takie jak „I am the Batman”, czy „Always a catch”, czy „Little push” są tu zupełnie zbędne. Niepotrzebnie zaburzają tempo płyty, sprawiają, że całość traci swoistą lekkość i zaczyna nużyć.
Dyskusyjną decyzją było również umiejscowienie na albumie takich utworów jak „Agent of chaos”, czy „Aggresive Expansion”. Oba utwory działają znakomicie w połączeniu z obrazem, wzmagają jego tempo, budują klimat. W oderwaniu od obrazu mogą robić jednak różne wrażenie.
Duet Zimmer & Howard rozwinął się. „Mroczny Rycerz” to partytura lepsza, bardziej przyjemna w odbiorze niż muzyczna ilustracja części pierwszej. Muzycy dopieścili odpowiednio motywy z „Batman – Początek”, a także stworzyli jeden z najlepszych motywów muzycznych ostatnich lat („Why so serious”), pokazując, że wciąż mają w sobie pewną kreatywność.
- Alek Kowalski

sobota, 11 sierpnia 2012

Batman - Początek OST



Zimmer i Howard zabierają się za Człowieka-Nietoperza
Przygoda Christophera Nolana z Człowiekiem-Nietoperzem dobiegła końca wraz z ostatnią częścią trylogii – „Mroczny Rycerz Powstaje”. Każda kolejna wizja Batmana zmieniała scenograficzne ujęcie Gotham, twarz Bruce’a Wayne’a, a także i motyw główny oraz klimat ścieżki dźwiękowej. Wizję Nolana uzupełniał swoją muzyką Hans Zimmer, przy „Mrocznym Rycerzu” (2008) i „Batman – Początek” (2005) wraz z Jamesem Newtonem Howardem. W ramach melancholijnego powrotu do źródła, swoistego hołdu złożonego najlepszej serii heroic movies recenzujemy wszystkie trzy części muzycznej ilustracji nolanowej wizji Gotham.
Zdecydowanie kompozycja Zimmera i Howarda pasuje do wizji Nolana. Jest mroczna, nieco tajemnicza, niepokojąca. Nie ma również wyraźnego motywu przewodniego, co w zupełności odpowiada nowej wizji Batmana, który jest bohaterem niezwykle ludzkim i prawdziwym. Pozbawienie go wyraźnego motywu zrywa z niego pewną warstwę nadludzkiej postaci i sprowadza na ziemię. Dlatego na albumie nie ma utworu, który można byłoby nazwać motywem Batmana, ale przez cały soundtrack przewija się, zdecydowanie rozpoznawalny, choć raczej ambientowy „niby-motyw”. Zimmer i Howard zdecydowali, że nowa muzyka ilustrująca Batmana nie będzie nawiązywać do „wesołego” (kompozytorzy nazwali tak kultowy motyw Batmana autorstwa Elfmana) motywu z filmów Burtona. Końcowy niby-motyw naśladuje swoją linią melodyjną odgłos skrzydeł nietoperza, ograniczając się do kilku prostych dźwięków. Kompozytorzy wyraźnie sięgają do elektroniki. Czuć w tym przypadku wyraźną dominację Zimmera, który podobne rozwiązania stosował w przypadku „Helikoptera w ogniu” Scotta. Sama kompozycja sprawdza się dość nieźle i dodaje muzyce potrzebnej oryginalności.
Muzyka w odpowiednich fragmentach wzmaga dramaturgię poprzez piękne połączenie delikatnych melodii granych przez fortepian i instrumenty smyczkowe („Barbastella”, „Macrotus”, „Corynorhinus”). Bezbłędnie w całej konwencji odnajduje się również zupełnie typowy, chciałoby się rzec „zimmerowy” action score („Molossus”, świetne rozwinięcie w „Antrozous”).
Niestety „Batman – Początek” nie brakuje wad. Poniekąd wynikają one z przyjętej przez reżysera mroczno-realistycznej, trochę horrorowej konwencji. Przez długie chwile na płycie dominuje nudnawy, mroczny underscore i liczne łopatologiczne nagromadzenia dźwięków (czy raczej efektów dźwiękowych… co one robią na płycie?), typowe dla horrorów, próbujące na siłę przestraszyć widzów („Artibeus”). Oczywiście dla niektórych prawdziwy rollercoaster dźwięków może okazać się przyjemnym doznaniem muzycznym, jednak dla przeciętnego słuchacza będzie on stanowił raczej swoisty gwałt uszu.
Ostatecznie należy przyznać, że mimo wad „Batman – Początek” to cały czas muzyka przyjazna dla uszu, warta uwagi. Dlatego też pod playlistą widnieje lekko naciągana 4.

- Alek Kowalski

wtorek, 3 stycznia 2012

"Loud" Rihanna

 Powrót do korzeni, ale niezupełnie (recenzja z 29 grudnia 2010)
Trudno jednoznacznie opisać i określić artystkę taką jak Rihanna. Trudno powiedzieć słuchaczom, że udało się im poznać Rihannę, że znają ją doskonale i niczym nowym nie umie ona ich już zaskoczyć. Piękna Barbadoska udowadniała z każdym kolejnym albumem, że nie da się zaszufladkować i znowu wszystkich zaskoczy. Tyczy się to zarówno prezentowanej muzyki jaki i wizerunku zewnętrznego. Z każdą nową płytką było ostrzej, mniej i krócej.
Zupełnie inne od poprzednich jest też najnowsze dzieło artystki „Loud”. Album zapowiadany był jako powrót do korzeni, czyli do pierwszych przebojów Rihanny takich jak „Pon The Replay” (jedna z bardziej irytujących mnie piosenek Rihanny). Zapowiedziany powrót powrotem faktycznie jest, ale niecałkowitym. Artystka owszem wróciła do bujających karaibskich brzmień, ale dodała nutkę ostrej muzyki tanecznej, co spowodowało, że tylko niektóre utwory, m.in. „Man Down”, brzmią jak żywcem wyjęte z pierwszej płyty z roku 2004. Reszta jest ich ulepszoną wersją.
Poprzedni krążek, „Rated R” był ostentacyjną deklaracją Rihanny o zerwaniu z uroczą dziewczyną, która trochę pokaże, a trochę zakryje i przejściu w ostrą, wyuzdaną, czasami wręcz wulgarną kobietę. Dla tego całe opakowanie było mroczne i niepokojące a Robyn Rihanna Fenty patrzyła na nas z agresją i pożądaniem  trzymając w dłoni papierosa. Trzeba też przyznać, że wszyscy to kupili. Zarówno zwykli słuchacze jak i krytycy. Bo co by nie mówić o „dojrzałej” artystce, gotowej na seksualne wyzwolenie (Rihanna miała wówczas jakieś 21 lat) to na płycie znajdował się kawałek dobrej muzyki. Na korzyść Rihanny przemawiał też czas. Słuchacze po dwuletniej przerwie po prostu się stęsknili. Inaczej było w tym przypadku. Od początku roku byliśmy bombardowani kolejnymi hitami z „Rated R” – „Rude Boy”, „Hard” czy „Te Amo”. A już w listopadzie usłyszeliśmy piosenkę „Only Girl (In The Word)” zwiastującą kolejną płytę Rihanny. Nikt nie zdążył się specjalnie stęsknić. Czy mimo to płyta się sprzedała? Dowiemy się już niedługo.
Od wokalistek takich jak Rihanna wymaga się przede wszystkim hitów. Jak jest na „Loud”? Nie jest tak źle jak na drugiej płycie, „A Girl Like Me”, ale nie jest tak dobrze jak na „Good Girl Gone Bad”. Hitem okazał się oczywiście pierwszy singiel „Only Girl”, i jest to zapewne największy przebój z całej płyty. Spore potencjały ma też otwierający wszystko „S&M” czy „Complicated” z modnym ostatnio eurodancem. Singlem zostanie też pewnie urzekająca ballada „California King Bed”, ale nie będzie to kolejne „Unfaithful” czy „Take A Bow”. Z resztą numerów jest już trochę kiepsko. Nie chodzi o to, że są to złe kompozycje, ale brak im iskry przeboju.
Swoistym zwiastunem najnowszej płyty mógł być jeden z największych przebojów mijającego roku, duet z Eminemem „Love The Way You Lie”. Piosenka z ogromnym ładunkiem emocjonalnym i bardzo osobistym tekstem. Genialnie komponujące się wokale piosenkarki i rapera tworzyły hit większy niż „Stan” Eminema z Dido. Ten kawałek zauroczył chyba wszystkich. Szkoda, że płyta odbiega tak od tej piosenki, ale dla wielbicieli tego lirycznego przeboju znajdzie się tu bardzo miła niespodzianka. Zamykający cały album kawałek „Love The Way You Lie (Part II)”. Jest to druga część rozpoczętej historii, tyle, że tym razem główne stery przejęła Rihanna, a Eminem rapuje zaledwie kilka linijek. Była to wielka i miła niespodzianka. Wokal Rihanny nigdy jeszcze nie brzmiał tak dojrzale i emocjonalnie jak w tej piosence.
Cała płyta jest nagrana z myślą o młodzieżowych imprezach, na których piosenki opierające swój refren na „na na na come on!” będą robić ogromną furorę. Ale jest to też płyta, na której Rihanna postanowiła pobawić się swoim głosem i jemu powierzyć pierwsze skrzypce w stworzonych utworach. Po raz pierwszy poznaliśmy prawdziwą siłę głosu Rihanny. Głosu, który nie jest najlepszym wokalem w muzycznej branży, ale nikogo nie pozostawia obojętnym.
- Łukasz Kowalski

czwartek, 8 grudnia 2011

"The Social Network" OST Trent Reznor Atticus Ross

Nominacje OBF 2011:
najlepsza muzyka,
najlepszy utwór
muzyki filmowej
"In motion"
Facebookowa muzyka
„The Social Network” zachwyciło wszystkich krytyków na całym świecie. Dużą uwagę zwracano na muzykę autorstwa Trenta Reznora i Atticusa Rossa, która bez wątpienia odgrywała istotną rolę w sukcesie filmu.
Zadanie Reznora i Rossa było jasne. „The Social Network” to film oparty na dialogach, pozbawiony akcji i podniosłej stylistyki, więc partytura powinna uatrakcyjnić widzom seans, dodać akcji i dynamiki osadzonej w ciasnych akademikach fabule. Okazało się, że duet poszedł o krok dalej.
Sięgnęli po elektronikę. Wykorzystują bardziej szorstkie, wydawałoby się bardziej prymitywne i proste dźwięki, niż choćby Hans Zimmer w wyróżnionej nagrodą OBF ścieżce dźwiękowej do „Incepcji”. Jednak ich świetna kompozycja oraz wysmakowane połączenie z gitarą i fortepianem sprawiają, że każda minuta słuchania soundtracku to prawdziwa uczta każdego miłośnika muzyki filmowej (świetne „Painted sun in abstract”, przepełnione basem „On we march”). Nie brakuje również utworów narzucających filmowi tempa. Na tym tle najbardziej wybija się charakterystyczne „In motion” (nominowane do nagrody OBF w kategorii najlepszy utwór muzyki filmowej), naśladujące muzykę techno. Warto również zwrócić uwagę na zawrotne „Intriguing possibilities” oraz ciekawą korespondencję z muzyką klasyczną w postaci „In the hall of the mountain king”.
Największa moc całej partytury tkwi w klimacie. Autorom udało się oddać nastrój niepewności, niepokoju. Spokojne, niepozorne, ale powoli budujące napięcie utwory w perfekcyjny sposób wspierają pesymistyczną wizję świata z filmu Finchera. Nietrudno o dreszcze podczas słuchania „Hand covers bruise”, depresyjny nastrój „Complications with optimistic outcome” zapada w pamięć.
Osobiście wyróżniłbym utwór zamykający płytę – „Soft trees break the fall”. Utrzymany w rytmice kołysanki, łączy w sobie spokój, rytmiczność, melancholię. Wprowadza niesamowity dramatyzm.
Trent Reznor i Atticus Ross stworzyli soundtrack niezapomniany, niesamowicie oryginalny. Ich ciekawe wykorzystanie elektroniki zasługuje na uznanie nie mniejsze niż przełomowy „Black Hawk Dawn” Zimmera. Polecam.

- Alek Kowalski

środa, 9 listopada 2011

"Burlesque" OST





Aguilera w świecie Burleski

Co z tego, że Christina Aguilera jest przeciętną aktorką. Co z tego, że napięta twarz Cher nie pozwala jej na okazywanie jakichkolwiek uczuć. „Burlesque” to i tak całkiem niezły film, a to dlatego, że mimo wyżej wspomnianych wad, Christina ciągle ma jeden z najsilniejszych wokalów na świecie, a Cher mimo wszystkich tych tragicznych operacji plastycznych wciąż potrafi znakomicie śpiewać.
Soundtrack do „Burlesque” wydawać się może właściwie kolejnym studyjnym albumem Aguilery, śpiewa ona osiem z dziesięciu utworów na albumie. Byłaby to na pewno lepsza płyta niż niedawno wydany „Bionic”. Tam Christina przestraszyła się konkurencji i uciekła w popularny newsound i popowo-dancowe klimaty. Ścieżka dźwiękowa z filmu bardziej nawiązuje do jej najlepszego dzieła -  „Back To Basics” z 2006 roku (jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy album w muzyce popularnej ostatnich dziesięciu lat).
Jest to album jednak trochę bardziej popowy i bardziej przebojowy od dzieła z 2006 roku. „Something's Got A Hold On Me”, „Tough Lover” czy swingowy „But I Am A Good Girl” znakomicie wpisałyby się w konwencje „Back To Basics”. Za to „Express” lub „Show Me How You Burlesque” łączą w sobie cechy nowoczesnego brzmienia z muzyką lat 40-tych i 50-tych. Takie utwory zdarzały się oczywiście na trzecim albumie Christiny (znakomite „Ain't No Other Man”), ale przeważał tam jednak duch muzyki jazzowej. Tu nasilenie obu gatunków jest wyrównane.
Nie jest to wcale zarzut, koncepcja burleski, która zahacza o stylizacje wykorzystanych przez Christinę w „Back To Basics”, opiera się przede wszystkim na sexapilu i kobiecej sile zawartej w tekstach. Nieodłączne są odważne choreografie (swoją drogą bardzo efektowne w tym filmie) i sceniczny ogień. Trochę poza tą konwencją wydaje się być ostatni kawałek „The Beautiful People” czyli zaskakujący cover piosenki grupy Marilyn Manson. To ostra jazda z niesamowicie wieloma uderzeniami na minutę, o której w „Slant Magazine” napisali, że jest  zbyt kontrowersyjna nawet jak dla Baza Luhrmanna.
Trzeba w końcu wspomnieć o udziale Cher na tej płycie. Jest to jej pierwszy muzyczny projekt od ponad dziesięciu lat. I trzeba przyznać, że powrót zafundowała nam w bardzo dobrym stylu, choć trochę konserwatywny. Pierwszy kawałek „Welcome To Burlesque” genialnie wypada w filmie z bogatym tłem muzycznym, tam mamy więcej gitary i basu, na wersji płytowej zamieszczono tak zwaną wersję tango. Piosenka, gdzie na głównej linii melodycznej pojawiają się skrzypce. Dostały nawet własną „solówkę”. Obie wersje są znakomite. Drugi kawałek to stworzona przez Diane Warren poprockowa ballada „You Haven't Seen The Last Of Me”, która zasłużenie zdobyła tegorocznego Złotego Globa. Tę piosenkę polecam jednak słuchać bez obrazu. Napięta skóra Cher nie pozwoliła w filmie na przekazanie tak wielkich emocji jakie niesie ten utwór. A sam tekst wydaje się być bardzo osobisty dla Cher, która podjęła walkę o powrót na scenę muzyczną. Szkoda tylko, że obie z Aguilerą nie zaśpiewały jakiejś piosenki razem, to byłoby ciekawe.
Poza wolną kompozycją Cher mamy tu jeszcze jedną romantyczną piosenkę, „Bound To You”. Sama Christina przyznała w wywiadzie dla magazynu „Billboard”, że właśnie ten wolny kawałek jest jej ulubionym z całego soundtracku. Ewidentnie świetnie się w nim czuje. Od chwili kiedy w 1999 roku Christina pojawiła się na scenie, nabrała pewnej bardzo ważnej umiejętności, a mianowicie nauczyła się znakomicie panować nad swoim „rykiem”. To panowanie widać właśnie w tej piosence. Bardzo dobrze rozłożone siły głosowe na poszczególne momenty piosenki świadczą o jej znakomitym kunszcie. Nie wyciąga bezlitośnie każdej sylaby, nie szpanuje głosem tak jak jej się to zdarzało wcześniej. Wszyscy już wiedzą jak wielką ma siłę i nie musi nikomu nic udowadniać.
Bardzo dobrze, że powstał ten film i ta płyta. Jest to swojego rodzaju deska ratunku dla obu pań. Dla Cher to możliwość do powrotu na scenę (bo raczej nie do aktorstwa) a dla Christiny ratowanie swego upadającego statusu gwiazdy. W USA właściwie przekreślono ją po albumie „Bionic”, oskarżano o to, że jak wszystkie inne próbuje kopiować Lady Gagę i zbyt uderza w tony sado-maso, co bardzo gorszy konserwatywną Amerykę. „Burlesque Soundtrack” pozwala jej na powrót do czasów eleganckiego „Back To Basics” - stylu ,w którym czuła się chyba najlepiej i w którym wszyscy ją pokochali. 

Track:
1. Something's Got A Hold On Me (by Christina Aguilera)
2.  Welcome To Burlesque (by Cher)
3.  Tough Lover (by Christina Aguilera)
4. But I Am A Good Girl (by Christina Aguilera)
5. Guy What Takes His Time (by Christina Aguilera)
6. Express (by Christina Aguilera)
7. You Haven't Seen The Last Of Me (by Cher)
8. Bound To You (by Christina Aguilera)
9. Show Me How You Burlesque (by Christina Aguilera)
10. The Beautiful People (by Christina Aguilera)
- Łukasz Kowalski

poniedziałek, 5 września 2011

"21" Adele

Biała kobieta o czarnym głosie.
Jesteśmy dopiero na półmetku roku a już z pewnością można powiedzieć, że jednym z największych przebojów roku 2011 będzie grający we wszystkich odbiornikach radiowych kawałek Adele „Rolling In The Deep”. Zaś na listach najlepiej sprzedających się albumów będzie drugi album brytyjskiej wokalistki „21”.
Kiedy Adele otrzymała nagrodę Grammy dla najlepszego debiutu za album „19” wszyscy, nie bezpodstawnie, porównywali tę wygraną do wygranej innej brytyjskiej wokalistki - Amy Winehouse. Obie pochodziły z UK, obie tkwiły w podobnym stylu muzycznym i w końcu obie stały na progu wielkiej kariery. Każdy wie jak tragicznie potoczyły się losy kruczo-czarnowłosej Winehouse, pytanie brzmiało czy i tak tragicznie potoczy się życie jej jasnowłosej konkurentki. Album „21” zdaje się odpowiedzią negatywną na to pytanie.
Jedno powiedzieć trzeba na początku: kobieta ma kawał znakomitego i mocnego głosu. Jej wykonanie na tegorocznym Brit Awards piosenki „Someone Like You” wielu powaliło na kolana. Oczekiwania względem płyty były wielkie. Oczywiście na „21” słyszymy popisy głosowe wokalistki, ale sama ścieżka dźwiękowa jest też godna uwagi. Adele to nie kolejna popowa wokalistka kierująca się w stronę eurodance’u. Na jej płycie słychać flirt z jazzem, mniej z r’n’b i trochę z soulem. Mało znajdziemy  tu tak przebojowych kawałków jak promujący album „Rolling In The Deep”, a więcej wolnych ballad i nastrojowych utworów.
Poniekąd jest to zarzut, jednak raczej średni. Owszem, czuje się tu spory natłok wolnych piosenek, które zapełniają prawie cały album nie możemy przy tym zapominać o tym, że są to utwory pięknie skomponowane i, jak cała płyta, znakomicie zaśpiewane. Ewentualne chwilowe nudzenie rekompensują mocniejsze, nieco szybsze kawałki takie jak „Set Fire To The Rain” oraz „Rumor ….”. Jak dla mnie są to mocniejsze propozycje.
Świat, a bardziej Wielka Brytania oszalała na punkcie Adele, a jej oba albumy trafiły na dwa pierwsze miejsca tamtejszej listy przebojów. Piosenkę „Rolling In The Deep” pokochali wszyscy. Ona też otwiera całe wydawnictwo (nic dziwnego, skoro zaczyna się intrygującymi dźwiękami). Dalej słyszymy „Rumor Has It”, który jest stylistycznie utrzymany w klimacie pierwszego numeru. Trzeci track to pierwsza z wielu ballad na płycie - piosenka „Turning Tables” zapowiada jak będzie wyglądać reszta płyty. Linie melodyjne nie są najambitniejszymi, ale w dzisiejszym świecie muzyki, przepełnionym elektryczną muzyką, i takie kompozycje cieszą. Każda piosenka jest też oddzielnym wyzwaniem dla głosu piosenkarki, a ta używa sobie ile może i kiedy może.
Każdy tekst to kolejne romantyczne wyznanie miłości, trochę w starym stylu. Najbardziej „miłosne” wydaje się „Someone Like You”, który zamyka „21”. Ta piosenka jest dowodem na to, że często nie ważne, co się śpiewa, ale jak. Jak już pisałem podczas wykonania tej piosenki na tegorocznym Brit Awards widownia zamarła (naprawdę proponuję zobaczyć filmik na youtube).
Świetna płyta? Nie do końca. Miałem wielkie oczekiwania, wszyscy, którzy słyszeli debiutancki singiel z „21” mieli. W tym kontekście płyta trochę rozczarowuje, ale jak spojrzymy na nią, a raczej jak posłuchamy jej bardziej wnikliwie, to dostrzeżmy oczywisty urok płyty Adele. A to przecież dopiero jej drugi album.


- Łukasz Kowalski

piątek, 19 sierpnia 2011

"Femme Fatale" Britney Spears

Britney Spears jako kobieta fatalna.

            Britney Spears ma coś w sobie. Budzi w ludziach sympatię i współczucie. Zdobyła również sporą przychylność recenzentów muzycznych, którzy nigdy otwarcie nie krytykują całkowicie albumów artystki. Co najwyżej lekko zwracają uwagę na to co można poprawić. Było tak przy premierze albumu „Blackout” z roku 2007, który był długo wyczekiwanym dzieckiem Spears po jej załamaniu nerwowym, w którym towarzyszył jej cały świat. Wszyscy wtedy trzymali za nią kciuki tak mocno, że uwierzyli iż naprawdę przeciętny album jest znakomitym powiewem świeżości w muzyce pop. Wierzą w to również przy najnowszym dziele Britney „Femme Fatale”.
            „Femme Fatale” to chyba najmniej osobista płyta w całym dorobku Britney (a jest to już jej 7 studyjny album!).  Po raz pierwszy artystka nie brała udziału przy produkcji żadnej piosenki. Udzieliła jedynie swego głosu śpiewając zupełnie sobie nieznane piosenki. Osoby tworzące płytę mówią w wywiadach, że Britney po prostu przybywała, śpiewała i wychodziła. Z tego wynika, że niczego o samej piosenkarce się nie dowiemy. Brit nie wspomina swoich problemów, nie śpiewa o doświadczeniu jakim jest dla tak młodej kobiety macierzyństwo, nie rozlicza się z nękającymi ją mediami, jak robiła to na dwóch poprzednich albumach. To jednak najmniejszy zarzut. Spears nie ma obowiązku opowiadać o swoim prywatnym życiu, nawet gdyby owocem tego miał być najlepszy utwór w jej dorobku. Z drugiej strony przypominając sobie wszystkie płyty artystki to wydaje mi się, że najlepszym albumem było „In The Zone” z 2003, album w który wkład Britney miała największy.
            Britney Spears egzystuje w masowej wyobraźni jako produkt znakomity, stworzony od początku do końca. Załamaniem tego przekonania stały się dramatyczne wydarzenia z przełomu 2006 i 2007 roku. Doprowadziły one jednak do tego, że Brit uwolniła się spod sideł wszystkich tych którzy mówili jak ma brzmieć i jak zachowywać się. Jak pisałem na początku pierwsza płyta po przełomie była lekkim rozczarowaniem, o tyle „Circus” z 2009 było strzałem w dziesiątkę! Bardzo dobry popowy album. Jaki patent Brit miała na swoją najnowszą płytę? Postanowiła potraktować go jako najzwyczajniejszy sposób na zarobienie dużych pieniędzy. Położyła wszystko w rękach hitowych producentów i nagrała płytę idąc wytartą drogą Lady Gagi, Christiny Aguilery czy Keshy. Nagrała dzieło pełne hooków i solidnych bitów z szalenie popularnego new soundu. Hit murowany. Coś jednak zawiodło. Nie Britney, producenci.
            Na płycie artystkę wspomaga producencka aleja gwiazd. Udział wzięli Lukasz Gottwald (jeden z głównych współpracowników Brit przy „Circus”), Max Martin, Wiil.I.Am, Dr. Luke. Pracowali oni w pocie czoła tworząc piosenki konkretnie na najnowszą płytę Spears. Po tym jak w czerwcu 2010 roku Britney stwierdziła, że przygotowany materiał jest za słaby i za mało przebojowy panowie wrócili i z jeszcze większym zapałem zaczęli tworzyć. Mimo, że po drugim podejściu materiał został zaakceptowany, to czegoś tu ciągle brakuje. Piosenki mają potencjał (jak na swój rodzaj muzyki), ale brakuje tu choćby jednego wyraźnego lidera. O ile pierwsze single „Hold It Against Me” i „Till The World Ends” jeszcze dają radę to reszta przypomina już papkę jednego rodzaju. Wprawdzie „Gasoline” i „Criminal” wybijają się spośród reszty, ale i tak nie są to  przeboje na miarę „Womanizer” czy „Toxic”. Większych hitów tu nie będzie.
            Głos Britney nie jest najmocniejszym głosem w gronie popularnych artystek, ale pewnej oryginalności i ciekawej barwy odebrać jej nie można. Nie tak łatwo pomylić jej głos z głosem każdej innej wokalistki. Tu ubarwiono głos piosenkarki różnymi technicznymi nowinkami, raz obniża się go do absurdalnie niskiego basu, raz podnosi się do przerażająco wysokich tonacji. Spears w swych kompozycjach śpiewa o relacjach damsko męskich bez większego owijania w bawełnę, wciskając wyuzdane słowa w prawie każdą piosenkę. Do tego ciągłe uderzenia z bardzo mocnymi i głośnymi hookami (podobnie jak na „Blackout” i tym razem Brit zrezygnowała z jakiejkolwiek ballady). Każdy utwór da się tu wyklaskać na dwa.
            Co to właściwie było? Pierwsze pytanie po tej ostrej jeździe bez trzymanki. Wszystko zlało się w jedną niesamowicie głośną i chaotycznie denerwującą całość. Ostatniego utworu – „Criminal” – wysłuchuję jak zbawienia, gdyż dopiero tu słyszeć dadzą się jakiekolwiek instrumenty i niewybrednie wolne tempo (jak na całą płytę oczywiście). Największym zarzutem jest brak przebojowości. Po pierwszym przesłuchaniu nie da powtórzyć się nic. Co najwyżej refren pierwszego „Till The World Ends”, który opiera się na „Oh, oh, oh, oh”. Paradoksalnie nie można ocenić „Femme Fatale” jako płyty bardzo złej. Bo jeżeli chodzi o nurt muzyczny, który ma ona reprezentować to naprawdę spełnia się dobrze (choć nie wiem jak bardzo bym tego typu muzyki nie lubił). Płyta ta to jedna wielka impreza, na którą idziemy nie żeby się nacieszyć muzyką, ale żeby ostro poskakać ze znajomymi. A może się mylę, może po prostu tak jak większość krytyków dałem się uwieść niewątpliwemu urokowi Pani Britney.
   Track:
  1. Till The World Ends
  2. Hold It Against Me
  3. Inside Out
  4. I Wanna Go
  5. How I Roll
  6. (Drop Dead) Beautiful feat. Sabi
  7. Seal It With A Kiss
  8. Big Fat Bass feat. Will.I.Am
  9. Trouble For Me
  10. Trip To Your Heart
  11. Gasoline
  12. Criminal

- Łukasz Kowalski